Jump to content

Poradzieckie klimaty. Mołdawia, Naddniestrze i Ukraina.


weelkoo
 Share

Recommended Posts

Wiem, że długo... Streszczałem najbardziej jak umiałem. Na dole link do filmu. Na razie pierwsza część, druga na dniach.

No więc tak. Udało się załatwić wolne w robocie. 19 - 28 sierpnia. No i dylemat: gdzie jechać? W głowie mam kilka pomysłów. Austria i Alpy, kraje nadbałtyckie oraz oczywiście Rumunia. Gdzieś w głowie kiełkuje pomysł, że jak już Rumunia, no to warto byłoby wjechać do Mołdawii. No, na początek ok. Poradzieckie klimaty…

Jakiś czas temu oglądałem film „Droga wolna”. Od tamtej pory mam ochotę pojechać do Odessy i zobaczyć te słynne schody. Z Mołdawii do Odessy to rzut beretem. Najkrótsza droga prowadzi przez Republikę Naddniestrza. za***iście. Nabieram coraz większej ochoty na ten wyjazd. Mam kilka dni, więc robię rekonesans. Rumunię znam, o Mołdawii piszą, że spoko. Niby trochę bieda i syf, straszą żeby nie pić wody z kranu i nie kąpać się byle gdzie bo bakterie cholery… Będziemy ostrożni. Naddniesterze to inna bajka. Kraj nieuznawany na świecie (z małymi wyjątkami). MSZ odradza wyjazd. Straszą milicją, że wymuszają łapówki, brak opieki konsularnej, zielona karta tam nie chroni… Nic to, mamy kilka dni na zastanowienie.

Ukraina to dla mnie słabe drogi, mogą być problemy z milicją, ogólnie relaks… Robię pobieżną kalkulację. Mamy 11 dni, kilometrów niby nie dużo, ale drogi raczej słabe więc się nie pogoni. Do tego chcemy coś zobaczyć, a na to też trzeba trochę czasu. Na styk powinniśmy się wyrobić. Start planujemy na poniedziałek po południu.

Szybki przegląd motka i okazuje się że klocki hamulcowe się kończą… Może dadzą jeszcze radę ale nie chcę ryzykować szukaniem po sklepach w Rumunii lub Ukrainie. Jest sobota rano. Szybka akcja, w sklepie na szczęście są od ręki. Kupuję na przód i tył. Montaż to chwila, wszystko wydaje się być w porządku. Można ruszać.

Poniedziałek ok. 15:00. Startujemy. Nocleg mamy w Dukli. Droga to mordęga. Nie pamiętam, żeby na Kielce był taki ruch. To chyba przez rozgrzebaną Gierkówkę. Dojeżdżamy już w nocy. Pokój czeka więc nie ma problemu. Nakręciliśmy 370 km.

Wtorek. Ruszamy ok 9:00. Przelatujemy Słowację, zahaczamy o Węgry i wjeżdżamy do Rumunii. Upał doskwiera. Robimy dość częste postoje. Kierujemy się na Baia Mare. Zaskoczony jestem jakością dróg. Nowe nawierzchnie, w Satu Mare budują obwodnicę, jedzie się bardzo przyjemnie. W porównaniu do 2015 roku widać duży postęp. Dobrze, że w UE mamy dostęp do Internetu z telefonów. Szybko ogarniamy nocleg za Baia Mare i ok. godziny 18, wykąpani pijemy zimne piwko nad brzegiem jeziora Bodi (takie małe Morskie Oko, ale też bardzo przyjemne). Dzisiejszy urobek to 365 km.

Środa. Po śniadaniu, pakujemy kufry i kierujemy się na wschód. Plan na dziś to dojechać możliwie blisko granicy mołdawskiej. Jedziemy drogą nr 18. Szok. Znikomy ruch, piękna pogoda, ale droga to cudo. Czuję się jak w Szwajcarii. Skracamy nieco, kierując się na Barsanę i jej monastyry. Byliśmy już tam, ale nikt nas nie goni. Tracimy trochę czasu w korkach. Cóż, wakacje… Dłuższy postój robimy na przełęczy Prislop. Droga cały czas świetna. Na obiad oczywiście ciorba de burta w przydrożnym barze. Zbliżając się do Suczawy zostawiamy Karpaty za plecami. Tankowanie, zakupy i rozglądamy się za noclegiem. Mijamy Botoszany i w miejscowości Şoldăneşti nocujemy w zabytkowym dworku. Przybyło 355 km.

Czwartek. Acha. Ciągle zastanawiamy się czy jechać przez Naddniestrze. Pytamy znajomych, czy ktoś był i czy może coś doradzić. Jeden mówi że jechał i nic złego się nie stało, ale że jego znajomi odwalili numer z obowiązkiem meldunkowym i na granicy pożegnali się z gotówką… Ogólnie polecał. Na razie ciągle mamy czas do namysłu.

Ruszamy w nieznane. Do granicy mamy 35 km. Pogoda trochę się zepsuła, jest pochmurno i dość mocno wieje. Przekraczamy granicę, i przez zaporę na rzece Prut wjeżdżamy do Mołdawii. Jeszcze kilka minut na przejściu po mołdawskiej stronie (na granicy stał bus z numerami ze Zgierza) i już jesteśmy w byłym Związku Radzieckim. Czad. Tniemy w poprzek do Soroki. Tam chcemy obejrzeć twierdzę, w której przez kilka lat stacjonowali Polacy. Ruch żaden. Czasem Kamaz albo Ził się nie liczy. Droga całkiem przyzwoita, o szerokości pasa startowego. W miejscowości Riscani wymieniamy pieniądze. Pani w okienku mocno zdziwiona, upewnia się czy aby na pewno chcemy sprzedać aż 50 euro. Kto bogatemu zabroni… Soroca. Podjeżdżamy pod twierdzę, nad sam Dniestr. Przyjemna miejscówka. Zwiedzamy, trochę spacerujemy nad rzeką i kupujemy pamiątki. Podjeżdża BMW GS 650 w towarzystwie skutera. Beemka ma blachę z Kaliforni. Rozmawiamy chwilę, facet jest emertyem i jeździ po świecie. CAŁYM! Można poczytać o jego wyprawach tutaj. Zawijamy się w kierunku stolicy. Droga super, nówka sztuka. Ruch prawie żaden. Następny cel to Orchej Stary. Malownicza miejscówka, rzeka wypłukała w skałach bardzo interesujący kanion, a na skalnym grzebieniu znajduje się klasztor. Jest trochę ludzi, łazimy robimy zdjęcia, ale trzeba pomału się zbierać. Mamy już zaklepany nocleg w Cricovej, słynnej z jednej z największej winiarni na świecie. Oczywiście wieczorem zakupy, w sklepie rzucają się w oczy towary z Polski – napoje, sery i wędliny. Kupuję lokalne piwo i za***iście słone suszone rybki. Do piwa jak znalazł. Dzisiejszy urobek to skromne 320 km.

Piątek. Dzień rozpoczynamy od zwiedzania winiarni. Zamówiliśmy bilety przez Internet, jedziemy na luzie, mamy ze sobą tylko kaski. Przed wejściem sporo ludzi, ale głupi to ma szczęście. Zamówiliśmy przewodnika po angielsku, wchodzimy tylko my, pani przewodnik i kierowca melexa. Jesteśmy pierwszymi gośćmi dzisiejszego dnia. W tunelach, które mają 120 km długości mieści się 14 milionów butelek wina. Jest dość chłodno, ale to miła odmiana od upału. Oglądamy linię produkcyjną „szampana”, ekspozycję muzealną, zbiory sławnych i bogatych. Są wina Putina, Angeli Merkel, Łukaszenki, i oczywiście one. Wina Tuska. Przewodniczka, zorientowana w temacie już na początku nam obiecała je pokazać 😊 Widać, że Cricova ma renomę na całym świecie. Po powrocie do pokoju, ustalamy, że jedziemy w stronę Benderów i zobaczymy co będzie. Jak stwierdzimy, że coś jest nie teges, to nie wjedziemy do Naddniestrza. Mamy już nagrany nocleg w Odessie, więc jak by coś to pojedziemy inną drogą. Kiszyniów. Ale klimat. Przejeżdżamy tylko, ale to inny świat. Bardzo duży ruch, wielkie ronda i trochę adrenalina skacze czy uda się przejechać. Kierujemy się na Tyraspol, za miastem ruch znowu maleje prawie do zera. Nagle na drodze blokada, stoją uzbrojeni żołnierze. Nie spodziewaliśmy się, że tak szybko dojedziemy. Zwalniam, żołnierz macha żeby jechać. Za kilkaset metrów jesteśmy już na przejściu granicznym. Twardym trzeba być, a nie miętkim. Idziemy z paszportami do okienka. Trochę papierologii, musimy kupić winietę, i dostajemy wizy tranzytowe, ważne 10 godzin. Na biegu przypominam sobie rosyjski, wszystko przebiega bez problemu. 20 minut i jesteśmy w Naddniestrzańskiej Republice Mołdawskiej. Bendery. Trochę się motamy żeby wjechać pod twierdzę. Mijamy posterunek na którym soi rosyjskie wojsko. Od razu czuje się bezpieczniej. Twierdza robi wrażenie. To najstarszy zabytek w Naddniestrzu. Częściowo jest ona ciągle w użyciu przez wojsko rosyjskie. Bilety kupujemy po nie wiadomo jakim kursie. Rubel naddniestrzański obowiązuje tylko tutaj. Zwiedzamy, kupujemy magnesy, i jedziemy do Tyraspolu. Ruch tradycyjnie niewielki. Miasto sprawia pozytywne wrażenie. Jest czysto, pomniki Lenina są zadbane, czołgi i samoloty na pomnikach też. Sierp i młot na fladze robią robotę. Takie rzeczy tylko tutaj. Milicja w radiowozach nie zwraca na nas uwagi. Kręcimy się trochę po mieście, robimy zdjęcia i filmujemy. Kierujemy się w stronę granicy. Mamy około 30 kilometrów. Przed przejściem żołnierze zabierają wizy i ustawiamy się w ogonku do kontroli ukraińskiej. Jako ciekawostka: podszedł do nas pogranicznik mołdawski, wziął paszporty i wbił nam pieczątki wyjazdowe mołdawskie. Po Naddniestrzu w paszportach nie ma śladu. Tracimy godzinkę, ukraińska biurokracja poraża, kiedy jesteśmy przywykli do unijnych kontroli (o Schengen nie wspominam). Do Odessy mamy ok. 70 km. Droga średnio kiepska, z małymi wyjątkami. Co kilka, kilkanaście kilometrów, na odcinku kilkuset metrów wjeżdża się w takie wygniecione niecki, niczym tor bobslejowy. TIR-y wygniatają te koleiny, brzegi wystają na ok. 30 – 40 cm w górę. Bałem się, że kuframi zawadzę o asfalt. Powoli dojechaliśmy do Odessy. Nie mogło obyć się bez komplikacji. Wynajęliśmy pokój w nowym apartamentowcu na brzegiem morza. Okazało się, że nie można pod niego podjechać. Próbowaliśmy z różnych stron, z jednej park, z drugiej domy z wysokimi parkanami, z trzeciej buda z ochroną, która twierdzi że to nie tutaj. Natraciliśmy sporo czasu. Na szczęście jeden z mieszkańców (tych domów) zadzwonił do właścicieli i podprowadził nas na miejsce spotkania. Właściciele mieszkali kawałek drogi więc musieliśmy na nich zaczekać. Okazało się, że wjazd jednak był przez tę niby portiernię. Panowie dostali zjeby, a my mogliśmy wreszcie się wykąpać i rozpakować. Wieczorem poszliśmy nad morze. Takiego tłumu, sklepików, knajp, i różnego badziewia to nie widziałem. Ogrom tego wszystkiego robił wrażenie. Dobrze, że dla nas ceny były przystępne. Musiałem zakupić kartę pamięci do kamery, bo jedna zaczęła szwankować. Wróciliśmy z szampanem do pokoju, ogarnęliśmy plan na jutro i podziwialiśmy panoramę z 19 pietra… Doliczamy nędzne 200 km.

Sobota. Od dzisiaj wracamy do Polski. Co prawda jedziemy jeszcze na południe, ale cel zasadniczy osiągnęliśmy. Zbieramy się niespiesznie. Oddajemy klucze właścicielom, i jedziemy do centrum. Oglądamy schody, Teatr Opery i Baletu, kręcimy się trochę po uliczkach. Pięknie jest. Ale tutaj. Tam gdzie spaliśmy było niespecjalnie. Tu jest klimat, widać że to bogate miasto. Próbujemy wyjechać z miasta. Takiego ruchu i korków to na tym wyjeździe nie było. Ludzie jeżdżą jak na filmikach z Youtube. Poboczem, po trawie, pod prąd, byle do przodu. Jak się wdrożyłem, to robiłem co mogłem, z wyjątkiem zjeżdżania z jezdni. 20 centymetrowy uskok skutecznie uniemożliwił by powrót. Po kilkudziesięciu kilometrach wreszcie się zluzowało. Lejemy tanie paliwo i kierujemy się w stronę Rununii. Jedziemy wybrzeżem, wszędzie pełno ludzi – cóż, wakacje. Trafiamy na naprawdę chu***y odcinek drogi. Jadę max 30 km/h. Nikt się nie przejmuje, że jedzie pod prąd, na czołówkę ze mną, tu jest równiej i ch*j. Co lepsze SUV-y cisną przez pole, bo tam jest wyjeżdżone i równiej niż na jezdni. Na szczęście to tylko ok 15 km. Potem jedziemy już równym jak stół asfaltem do miasta Izmaił. Tam czeka łóżko, prysznic i zimne piwko. Znowu słabe 264 km

Niedziela. Wyruszamy około 9:00. Jedziemy do centrum obejrzeć co to za miejsce. Jest czysto, sporo zieleni, oczywiście pomniki Armii Czerwonej, żołnierzy poległych w wojnie afgańskiej, pomnik żeglarzy Dunaju. Za rzeką jest już Rumunia, ale nie tak szybko. Trzeba kawałek objechać, jakieś 100 km, wjechać do Mołdawii i po 3 kilometrach dopiero wjedziemy do Rumunii. Na szczęście droga super. Rozlewiska Dunaju robią wrażenie. Na granicy oczywiście cyrk. Przejście to długi kontener, czekamy razem z kierowcami TIR-ów, tracimy z półtorej godziny. Oczywiście mamy obiegówkę, która stemplujemy w okienkach w losowej kolejności. Wreszcie udaje się wrócić do Mołdawii. Szybki pitstop na Lukoilu, kontrola na granicy po stronie mołdawskiej i lajtowe 2 godziny w upale żeby wjechać do Rumunii. No to teraz już z górki. Gałacz z największym kompleksem przemysłowym w Rumunii, potem Fokszany i stamtąd piękną drogą przez góry do Miercurea-Ciuc gdzie zaklepujemy sobie pokój. Właścicielka dziamie tylko po rumuńsku i węgiersku, więc nie omówiliśmy sytuacji międzynarodowej jak z gospodarzem w Şoldăneşti (facet naprawdę był zorientowany co się dzieje w Polsce). Kolejne 367 km.

Poniedziałek. Powrotu ciąg dalszy. Dziś w planie kopalnia soli w Praid (Salina Praid). Nie jest to Turda, ale też ciekawa. Do wnętrza kopalni wjeżdża się 1,5 kilometrowym tunelem. Jedzie się autobusami, które, być może jeździły kiedyś w Polsce. W środku ogromne wyrobiska, zamienione na wesołe miasteczka. Sporo ludzi, którzy wypoczywają, grają w badmintona, piłkę lub siatkówkę albo robiących sobie piknik. Wracamy na powierzchnię i dalej w trasę. Śpimy w Satu Mare, więc nie ma pośpiechu. Jedziemy bocznymi drogami, które też są bardzo dobrej jakości, a ruch na nich prawie nie istnieje. Kilkadziesiąt kilometrów przed Satu Mare ciekawa sytuacja. Babka prowadzi krowy z pola do obory. Tak, ze 200 sztuk. Krowy idą całą szerokością drogi, wszyscy próbują je ominąć, nawet kierowca TIR-a jedzie po trawie. Widać Rumunia jak Indie… W hotelu w którym śpimy trwa wesele. W poniedziałek! Pan na recepcji zapewnia jednak, że ok. 23:00 będzie już po. Jedziemy po % i prowiant na drogę. Wracamy do pokoju, faktycznie, wesele kończy się przed północą. Za oknem leje. Dziś 372 km.

Wtorek. Wielki come back do Polski. Trasa znana i lubiana. Węgry bokiem, Słowacja na krechę. Przed granicą Węgierską ostatnie zakupy (%) i już po dwóch godzinach stania jesteśmy w strefie Schengen. Jedziemy nieśpiesznie. Robimy postój w miejscowości Velky Kamenec. Są tam ciekawe ruiny zamku, i oczywiście fajny widok w każdą stronę. Kilka kilometrów dalej, staliśmy na przejeździe kolejowym. Pociąg przejechał, a my nie… Motocykl nie chce odpalić! Standardowa usterka Varadero. Czujnik położenia wału korbowego czasem świruje. Nigdy nie było z tym większego problemu, wystarczyło zakręcić rozrusznikiem. Dopiero po kilku minutach silnik zaskoczył. Nie potrzebowałem kawy, przynajmniej do Trebisova 😜 Nocleg oczywiście w Dukli. Oczywiście obowiązkowo Biedronka przed kolacją. Acha. 290 km.

Środa. Jak ja nienawidzę wracać w takich warunkach. Dobrze, że szlachta nie stoi w korkach, ale z kuframi się nie poszaleje. W każdym razie po południu jesteśmy już w domu. 370 km, w sumie około 3500 km.

Ufff, aż mam odciski od klawiatury.

 

Edited by weelkoo (see edit history)
Link to comment
Share on other sites

  • 1 month later...
  • 1 month later...

Tamte regiony są całkiem ciekawe, i w wciąż mało popularne turystycznie. Warto zdawać sobie sprawę, że były czasy, w których Rzeczpospolita rozciągała się, aż po samą Mołdawię. Np kampanie Hetmana Żółkiewskiego tam docierały.

Generalnie ciekawa kraina z historycznego punktu widzenia. Jadąc tam, warto pamiętać o wyposażeniu się w barwy narodowe. Ludzie są tam przyjaźnie nastawieni. Myślę, że flagę np w takim formacie: https://www.fightershop.com.pl/13327-flaga-polska-60-90-cm

dobrze jest posiadać na wyposażeniu.

 

Edited by trst (see edit history)
Link to comment
Share on other sites

Dnia 4.06.2020 o 08:53, trst napisał:

...i w wciąż mało popularne turystycznie...

I to jest największa atrakcja tamtych stron.

Link to comment
Share on other sites

  • 1 year later...

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

 Share

×
  • Create New...